Zielone brygady - article about guerrilla gardening in polish press

(1/1)

Aleksandra Zamarajewa:
Przyłącz się do kwiatowego wandalizmu!

Grupa Richarda Reynoldsa, przyw?dcy ruchu guerilla gardening, czyli ogrodniczej partyzantki, podczas akcji w południowym Londynie

Pomidory czy r?że? Richard Reynolds, nieformalny lider londyńskiego ruchu guerrilla gardening, czyli ogrodniczej partyzantki, nie ma takiego dylematu. Żadnej marchewki! Nie ma mowy o rzepie. Reynolds jest estetą, interesuje go tylko efekt dekoracyjny. Sadzi stokrotki, kapryfolium, rozmaite pnącza, pospolite motylki, tulipany, maki. Najbardziej lubi kwiaty czerwone, bo te najlepiej jego zdaniem wkomponowują się w bury Londyn. Tworzy roślinne ornamenty na rondach, rozjazdach, poboczach szos, opuszczonych parcelach. Zdarza się, że w drodze z pubu zaczyna zbierać śmieci i pielić. Potem idą w ruch łopata, motyka, grabki. W nocy podjeżdża van załadowany sadzonkami, nawozem, pojemnikami z wodą. Miejski partyzant nigdy nie ma wolnego.

Reynolds doczekał się portretu w 'New York Times Magazine', w majowym numerze brytyjskiego miesięcznika o modzie 'Harper's Bazaar' pozuje jako celebryta. Londyńskie Muzeum Historii Ogrodnictwa zaprosiło go do poprowadzenia debaty. Pozycję światowego lidera miejskiej partyzantki ugruntowała jego opublikowana w zeszłym roku książka 'On Guerrilla Gardening: A handbook for gardening without boundaries' ('O partyzanckim ogrodnictwie, podręcznik ogrodnictwa bez granic'). Początki partyzanckiej działalności Reynoldsa były skromne. Pięć lat temu wypielił w nocy kwietniki pod swoim dziesięciopiętrowym blokiem w robotniczej dzielnicy Londynu Elephant Castle. Posadził szczepy, kt?re dostał od matki z Devon. Te i kolejne wyczyny rejestrował w blogu www.guerrillagardening.org, kt?ry szybko stał się platformą do wymiany informacji na skalę międzynarodową. Dziś ponad 4 tys. os?b zalogowało się jako 'rekruci'.

Partyzanci sami przyznają, że poruszają się na granicy prawa. 'Przyłącz się do kwiatowego wandalizmu' - brzmi hasło aktywist?w z Toronto. - Ale co to za przestępstwo sadzić kwiaty? - zastanawia się sam Reynolds. Jeśli z czymś walczą, to z apatią i zaniedbaniem. Uprawiają anarchizm konstruktywny - na miarę XXI wieku. Spotkania z policją zwykle kończą się upomnieniem. Partyzanci wolą to niż użeranie się z urzędnikami. Bo żeby posiać trawnik, trzeba złożyć podanie, powołać ekspert?w, uzyskać pozwolenie...

Jacek Powałek, mieszkaniec warszawskich Kabat, dwa lata temu zasadził przed swoim blokiem kilka drzew. M?wi o tym: - Zająłem się rozkosznie nielegalną działalnością. Trzy lata starał się, bezskutecznie, zainteresować urząd dzielnicy pomysłem zazielenienia pustego placu. Na miejscu akcji zostawił plakat z apelem do mieszkańc?w, by razem posadzić park. Dzisiaj rośnie tam ponad sto drzew, 650 krzew?w, klomby z kwiatami, trawniki - wszystko za pieniądze mieszkańc?w osiedla. Park nadal jest nielegalny. - Minie jeszcze pewnie kilka lat, zanim uda się załatwić wszystkie pozwolenia - m?wi Jacek. - Dobrze, że nie zwlekałem.

Według Karola Chądzyńskiego, byłego prezydenta Łodzi i prezesa Ł?dzkiego Przedsiębiorstwa Ogrodniczego, partyzantka ogrodnicza nie jest oddolnym działaniem społecznym, a wywrotową działalnością polityczną. Aby utwierdzić eksprezydenta w tym przeświadczeniu Grupa Pewnych Os?b skopała i obsiała zaniedbany trawnik obok jego domu. W Opolu legendą jest już tajemniczy Pan R?żany, kt?ry toczy b?j z administracją o posadzone przez siebie r?że, o kt?re od lat sam dba. Kanadyjski kolektyw Windsor Guerilla Gardening m?wi o swoich poczynaniach, że to skrzyżowanie starań o samowystarczalność z walką klasową: - Uprawianie publicznych przestrzeni daje r?wne szanse wszystkim ludziom, nie tylko tym, kt?rych stać na domek z ogr?dkiem.

'Ogrodnicza partyzantka miejska nie jest wymysłem bogatych dzieciak?w, zbyt tch?rzliwych na zabawy koktajlami Mołotowa. Miejskimi partyzantkami są i babcie, i studentki' - można przeczytać na polskim blogu Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej (www.mpo.blox.pl). 71-letnia ?lise, paryżanka z Dzielnicy Łacińskiej, przysłała londyńskim towarzyszom raport ze swojej inicjacji w walkę: 'Kiedy w radiu usłyszałam o waszej działalności, byłam zachwycona i zaintrygowana jako osoba z natury niezależna i sprzeciwiająca się wszelkim formom władzy i konformizmu'. ?lise roztoczyła opiekę nad betonowym klombem i wyhodowała na nim nasturcję i rukolę. Do podlewania grządek zaangażowała zaprzyjaźnionego 50-letniego właściciela małej kwiaciarni z ulicy Lhomond (od niego kupiła kompost w dobrej cenie). 'Wszystko robię za dnia, co sprawia, że jest jeszcze bardziej niebezpiecznie. Bałabym się szlajać sama po mieście w nocy' - podkreśla ?lise. Niekt?rzy partyzanci chcą rzucać się w oczy i zakładają odblaskowe kamizelki robotnik?w drogowych. Reynolds czasem wybiera miejsca, gdzie jest duży ruch: - By ludzie mogli zobaczyć efekty naszego działania.

'W Polsce osoby, kt?re nawet nie słyszały o tej partyzantce, praktykują ją od lat. Ostatnio na Inżynierskiej na warszawskiej Pradze spotkałem starszą kobietę, kt?ra wzięła pod opiekę teren przy przystanku. Była dumna z krzaku porzeczki, kt?ry udało jej się tam wyhodować' - relacjonuje Krzysiek Herman, doktorant w Katedrze Sztuki Krajobrazu na SGGW. Reynolds preferuje sadzenie kwiat?w, istnieją oddziały, kt?re uprawiają wyłącznie warzywa i owoce. Fallen Fruit z Los Angeles uważają, że sadzenie drzew i krzew?w ozdobnych to marnowanie publicznych pieniędzy, wody i energii. - Niech wzdłuż naszych ulic rosną jabłonie i grusze! - postulują David Burns, Matias Viegener i Austin Young. Największy park w LA chcą zamienić w sad owocowy. Dla amerykańskiej organizacji Primal Seeds warzywno-owocowy guerrilla gardening to spos?b walki z niesprawiedliwą dystrybucją żywności na świecie i korporacyjną kontrolą produkcji.

Początki ruchu trudno określić. Wzmianek o podobnych praktykach Reynolds doszukuje się w Ewangelii według świętego Mateusza. Za prekursor?w zielonych brygad uważa XVII-wiecznych diggers?w (kopaczy) w Anglii. Grupa założona przez kupca Gerrarda Winstanleya sprzeciwiała się rosnącym cenom i niesprawiedliwemu podziałowi ziem, uprawiając warzywa na nieużytkach w hrabstwie Surrey. Nazwę 'guerilla gardening' wymyśliła w 1973 roku Liz Christy, malarka z Dolnego Manhattanu. W zamieszkanej przez bohemę niszczejącej dzielnicy Lower East Side sadziła z przyjaci?łmi warzywa, kwiaty i drzewa. Zaniedbany teren zamienili w ogr?d, kt?ry udało się ochronić przed deweloperskimi zakusami i do dziś istnieje jako Liz Christy Community Garden (www.lizchristygarden.org). Po wstukaniu 'guerilla gardening' w portalu społecznościowym Facebook wyskakuje kilkanaście grup: z Manchesteru, Paryża, Grecji, Pragi, Melbourne. Na mapie 'zapalnych punkt?w ogrodniczej partyzantki', kt?ra otwiera książkę Richarda Reynoldsa najgęściej jest w USA i Europie, ale Afryka i Ameryka Południowa też mają swoich aktywist?w w Nairobi, Johannesburgu, Buenos Aires, Santa Antonio.

Bez internetu ruch nie miałby szans rozpowszechnić się tak błyskawicznie. Typowy zapis akcji w blogach i YouTube to zdjęcie 'przed' i 'po'. Na polskim www.mpo.blox.pl post?w na razie niewiele. Na pierwszej akcji wiosną tego roku partyzant?w z warszawskiego MPO było dw?ch. Miesiąc p?źniej na zaniedbanych kwietnikach przy reprezentacyjnym Nowym Świecie sałatę, seler i bratki sadziło już kilkanaście os?b. Wśr?d nich Barbara, nauczycielka, z wnuczką Gabrysią. - Takie akcje pokazują ludziom, że samemu można wiele zdziałać. Przyszłam, bo chciałam się dowiedzieć, co można posadzić na balkonie. Mieszkanka kamienicy, przy kt?rej sadzono kwiaty i warzywa, była oburzona. - Ideę popieram, ale ta akcja była pod publiczkę. Dlaczego nie zajęli się zaniedbanym skwerem na tyłach ulicy? Dlaczego sadzą sałatę na dziedzińcu pałacu Branickich? Dlaczego nie zaprosili nas, mieszkańc?w, do wsp?lnego działania, nie zapytali o zdanie? Moglibyśmy wtedy poprosić o zasadzenie drzew, kt?re jakiś czas temu wycięto. Sadzenie sałaty przy ruchliwej ulicy to według niej marnowanie jedzenia. - Przecież nikt takiej sałaty jeść nie może. Nawet kr?lik.

Nie wszystkie akcje kończą się sukcesem. Potrzebna jest osoba, kt?ra zasadzoną rośliną będzie się opiekować. To zasada z kodeksu zielonej partyzantki, od kt?rej odstępstwa nie ma. Fiaskiem zakończyła się akcja rewitalizacji kwietnik?w pod Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego zorganizowana przez MPO i kolektyw Kwiatuchi w ramach Święta Ulicy Hożej. Interweniowała ochrona, a rośliny uschły - bo nie miał ich kto podlewać. W przestrzeni niczyjej trudno też zapobiec kradzieżom - taki los spotkał pospolity szczypiorek pod Infoszopem na Kijowskiej.

Artyści zainteresowali się ogrodniczą partyzantką. Shannon Spanhake z Chennai w Indiach (artystka i inżynier elektryk) założyła miniogr?dki w dziurach w jezdni w meksykańskiej Tijuanie. - Dziury są jak znak 'a you', kt?ry natura pokazuje człowiekowi - m?wi Shannon. - Pojawiają się, człowiek zalewa je betonem, a one znowu się pojawiają. Amerykanka Edina Tokodi w parkany, billboardy, mury wtyka instalacje z mchu. Czasami musi je p?źniej pielić, podlewać, ale zazwyczaj żyją własnym życiem. Mają zachęcać ludzi, żeby się nimi opiekowali, bo 'mieszkańcy miast stracili kontakt z naturą'. Zielone graffiti tworzy Anna Garforth z Londynu. Pisze na murach mchem. Żeby przeczytać wiersz w całości, trzeba szukać jego fragment?w w całym mieście. Polska artystka Teresa Murak w r?żnych miejscach Warszawy wysiała nasiona lnu, słonecznik?w, malw, gryki, chabr?w, mak?w, rzeżuchy oraz zb?ż (rośliny, kt?rych zwykle się nie widuje w metropolii). Chce zaskakiwać przechodni?w i kierowc?w. Jej prace to walka o terytorium, o zapomnianą, porzuconą, marginalną przestrzeń. Ruch guerrilli gardening stał się na tyle modny, że firma Adidas zrealizowała film reklamowy oparty na typowej akcji: grupa chłopak?w rusza w nocy w miasto w samochodzie załadowanym sadzonkami. Na Węgrzech synchroniczna partyzancka akcja w czterech miastach reklamowała festiwal rockowy Hegyalia.

Zielone brygady
Lidia Pańk?w, Agnieszka Rodowicz
"Wysokie Obcasy"
http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,96856,6685975,Zielone_brygady.html

Navigation

[0] Message Index